Zwierzaki, dzieckiem podszyte

A A A
Zwierzaki, dzieckiem podszyte

Alelale, czyli szyte ręcznie przytulanki Ani Żelazowskiej, są dowodem na to, że nie trzeba być dzieckiem, by lubić zabawki. Wystarczy mieć trochę dziecka w sobie.

Pierwsza była małpka Momo. Miała być bohaterką fotograficznej książeczki dla dzieci, którą Ania od zawsze chciała zrobić. Momo towarzyszyła Ani wszędzie, i była przez nią fotografowana w różnych okolicznościach i pejzażach. Książka jednak nie powstała, za to szmaciana małpka bardzo spodobała się przyjaciołom. Ania uszyła więc kolejną zabawkę, potem następną i następną. To było trzy lata temu. Do dzisiaj Ania zrobiła już ponad dwa tysiące szmacianych Alelal. Szyje ich około stu miesięcznie. A to wciąż jest za mało. „Teraz borykam się z dylematem, w jaki sposób bez uszczerbku na urodzie rękodzieła przejść od chałupniczej pracy do bardziej efektywnej produkcji” – martwi się Ania. Otrzymała właśnie propozycję współpracy od włoskiego dystrybutora zabawek. To duża szansa na rozwój firmy, ale i zagrożenie dla rękodzielnictwa. Cyzelowanie każdej pętelki zupełnie przestanie się opłacać. Ania od dawna próbuje różnych form współpracy z wykwalifikowanymi szwaczkami, ale okazuje się, że nawet w zwykłym przyszyciu polarowego oczka widać autorską rękę. Każdą zabawkę wykańcza więc sama. Ręcznie. Ma mnóstwo pomysłów na nowe wzory, ale w pojedynkę nie da sobie rady. Czy trzeba będzie przeprosić się z maszynami? Na razie Ania myśli o tym w kategoriach zdrady ideałów. Bo nie ma dwóch identycznych Alelal. To wyróżnia je spośród zabawek produkowanych na masową skalę. Stąd płynie satysfakcja. I to doceniają klienci. Na przykład pewna Francuzka przysłała Ani błagalny list z prośbą o uszycie jeszcze raz dwóch zajączków, które kiedyś kupiła swoim dzieciom. Spełniały rolę ukochanych przytulanek i nie przetrwały tej miłości. Są w strzępach. Do listu dołączyła zdjęcia Alelal w objęciach swoich dzieci. Dla takich dowodów sympatii warto szyć. Zresztą szmaciane zwierzątka podobają się nie tylko dzieciom. Alelale brały udział w wystawie zabawek w warszawskim Muzeum Narodowym, zorganizowanej z okazji Dnia Dziecka, oraz w licznych kiermaszach rękodzieła. Ania jest zapraszana na przeglądy dokonań polskich projektantów, a jej zabawki sprzedają się w butikach z autorskimi gadżetami dla dzieci w Polsce i we Francji. Bo Alelale przyjechały do Warszawy z Paryża. Ania mieszkała tam kilka lat, a pytanie: „czym by tu się zająć”, było jej głównym zmartwieniem. Podczas jednej z bezsennych nocy zamiast stada baranów ujrzała nazwę Alelale. Brzmi dobrze i po polsku, i po francusku. Rozsądek sprowadził projektantkę z powrotem do Polski, bo koszty produkcji wciąż są tu znacznie mniejsze. Od roku Alelale powstają na Saskiej Kępie. Żeby było śmieszniej – na ulicy Paryskiej. C’est la vie.

tekst Agnieszka Berlińska stylizacja Basia Dereń-Marzec zdjęcia Jakub Pajewski

Wymagane!
Wymagane!